Kilka dni przed Wielkanocą przeglądałem swoje archiwum fotograficzne w poszukiwania zdjęcia do jednej z przygotowywanej właśnie publikacji. W pewnym momencie „wpadła” mi w ręce fotka przedstawiająca dwóch roześmianych młodych ludzi, a ściślej red. Mariana Miszalskiego – od skrótu nazwiska zwanego przez przyjaciół Miszą lub bardziej kordialnie – Miszką. Drugą postacią na wspomnianym zdjęciu jest moja skromna osoba. Obydwaj byliśmy wówczas dopiero na początku dziennikarskiej drogi. Mimo to Marian z dość już dobrze ugruntowaną pozycją w „Głosie Robotniczym”, ja zaś, po przejściu z łódzkiego oddziału PAP, w gazecie stawiałem dopiero pierwsze kroki. Zdjęcie wykonał nam redakcyjny fotoreporter. Nie bardzo już pamiętam, który.
Zaledwie kilka dni później, ósmego kwietnia, pocztą elektroniczną otrzymałem smutną wiadomość o nagłym, niespodziewanym odejściu Mariana w pierwszy dzień Wielkiej Nocy…
Miszka był, z trudem przychodzi mi tu używanie czasu przeszłego, utalentowanym dziennikarzem, pisarzem, publicystą i uznanym tłumaczem literatury francuskojęzycznej. Jego debiutancką książką jest „Równowaga chwiejna”, która opublikowana została nakładem Wydawnictwa Łódzkiego w roku 1978. Maryś sprawił mi wielką przyjemność i radość ofiarowując, pachnący jeszcze farbą drukarską, jeden z egzemplarzy autorskich tej jego powieści. Kilka lat później, przechodząc obok którejś z łódzkich księgarni, za jej oszklonymi drzwiami ujrzałem… Miszę – w eleganckim garniturze, w białej koszuli i „pod krawatem” – siedzącego przy stoliku z całym stosem woluminów. Zdumiał mnie ten widok, bo podobnie, jak i ja, Marian nie znosił żadnych wizytowych ubiorów i przywdziewał je jedynie „z konieczności”.
Przekroczyłem szybko próg księgarni, nie mogłem bowiem odmówić sobie krótkiego choćby spotkania z Marianem i kilku minut z nim rozmowy. Okazało się, że galowy strój Miszki wiązał się z promocją jego najnowszej powieści i on, jako jej autor, zaproszony został na spotkanie z czytelnikami, którym miał podpisywać ewentualnie nabywaną przez nich książkę. W związku z tym, że do oficjalnego otwarcia spotkania było jeszcze trochę czasu, Miszalski zaprezentował mi tom swej powieści o intrygującym tytule „Stacja Châtelet (czyli niezwykłe przygody Polaka w Paryżu)”. Podarował mi też dopiero co wydany jej egzemplarz z następującą dedykacją: „Staszkowi – z nadzieją, że nie znudzę…”
I wtedy, a był to rok 1997, zobaczyliśmy się po raz ostatni. Maryś wobec mnie był bardzo serdeczny i szczerze uciszył się, gdy zapewniłem Go, że po przeczytaniu książki, napiszę jej recenzję i opublikuję w czasopiśmie, które redagowałem. Chwilę jeszcze powspominaliśmy okres naszej wspólnej pracy w gazecie i rozstaliśmy się, bo zbliżała się godzina promocji powieści Miszki, a mnie też ponaglały pilne obowiązki zawodowe…
Dziennikarstwo interesowało Mariana chyba „od zawsze”. Mimo że uzyskał magisterium na Wydziale Prawa Uniwersytetu Łódzkiego, nie związał się z żadnym z zawodów prawniczych, lecz podjął dalszą naukę na podyplomowym studium dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego, które ukończył w roku 1972.
Jeszcze w okresie studiów na UŁ, w marcu 1968 r., był uczestnikiem głośnego w całym kraju strajku okupacyjnego na swoim macierzystym wydziale. Trwający trzydzieści sześć godzin protest stanowił wyraz solidarności z represjonowanymi studentami stolicy oraz sprzeciwu wobec ówczesnych władz. Studenci domagali się zaprzestania aktów dyskryminacji wobec kolegów z Warszawy, wolności słowa, demokratyzacji życia akademickiego oraz zniesienia cenzury.
Mniej więcej w połowie lat siedemdziesiątych Marian zaczął nawiązywać kontakty ze środowiskami opozycyjnymi, zacieśniając je coraz bardziej w następnej dekadzie. Miały one znaczący wpływ na Jego życie osobiste i zawodowe. Po wprowadzeniu stanu wojennego został bowiem internowany, następnie zwolniony z pracy z zakazem zatrudnienia, m.in., w środkach masowego przekazu. Ten etap życia Miszki nie jest mi zbyt dobrze znany, zwłaszcza że – jak już zaznaczyłem – przez całe lata nie mieliśmy okazji się spotkać. Mogę tylko dodać, że Marian nie miał w zwyczaju „gryźć się w język” i to, co miał na myśli – bez chwili zastanowienia – „walił prosto z mostu, nie owijając w bawełnę”. Często, mimo woli, sam wikłając się w różnego rodzaju kłopoty; powodując też niekiedy niepotrzebne spięcia – nawet z przyjaznymi Mu ludźmi. Niezależnie bowiem od uwarunkowań, wszelkiego rodzaju koniunktur i osobistego interesu, zawsze i w każdych okolicznościach, starał się mieć i wyrażać jasno własne zdanie. Bez względu na ewentualne, nawet przykre konsekwencje!
Co by się jednak nie powiedziało, był człowiekiem pogodnego usposobienia, z dużym poczuciem humoru, obdarzonym przez naturę swoistym wdziękiem i życzliwym wobec innych. Podkreślali to zwłaszcza młodzi adepci zawodu, odbywający w gazecie pod Jego opieką praktyki i dziennikarskie staże, z którymi miałem okazję rozmawiać.
Poza serdeczną pamięcią po Miszce pozostaną mi Jego książki. O dwóch już pisałem, trzecia – zatytułowana „Wzlot przyspieszony” – kojarzy mi się nieodparcie z jakże nieoczekiwanym Jego odejściem…
Staszek Bąkowicz
Fot.: ze zbiorów prywatnych autora
